Neapol rozkłada się na cztery dni jak talia kart: dwa w słońcu i dwa w deszczu, między pizzą z pieca, talerzem makaronu, kawą wypijaną przy barze, marmurem Jago, wszechobecnym Maradoną i finałem na murach Castel Sant’Elmo.
Pierwszy dzień w Neapolu – Spaccanapoli, kościoły, pizza i Jago
Pierwszy dzień w Neapolu zaczyna się na Spaccanapoli – ulicy, która tnie stare centrum miasta jak długa, wąska kreska, po obu stronach której wyrastają kościoły i fasady bardziej teatralne niż architektoniczne. To tam jest nasza baza i stąd ruszamy na zwiedzanie tego niesamowitego miasta. Jest słonecznie, na wąskiej, zatłoczonej ulicy co chwilę mijają nas wszechobecne skutery, a każdy zakręt dorzuca kolejny portal, kolejną kopułę i kolejne wnętrze, w którym można na chwilę schować się przed ruchem ulicy.

W przerwach między kościołami jest pizza: cienkie ciasto, sos, który pamięta lato, mozzarella ledwo trzymająca się całości i kawałek stołu przy oknie z widokiem na przechodniów. Do tego pyszna kawa – espresso lub cappuccino – między jednym kościołem a drugim.
Labirynt ulic prowadzi do dawnego kościoła Sant’Aspreno ai Crociferi, dziś Jago Museum.
wycieczka do Pompejów
Drugiego dnia z Neapolu ruszamy pociągiem w stronę Pompejów, w których spędzamy cały dzień. Wezuwiusz rysuje się na horyzoncie, ale jego szczyt kryje się w chmurach; ruiny z bliska okazują się zaskakująco zwykłym miastem zatrzymanym w czasie. Kamienne ulice, ślady kół, domy, forum, amfiteatr i termy wyglądają tak, jak by jego mieszkańcy nie tak dawno je opuścili.

Słoneczne Pompeje na koniec żegnają nas deszczem. Wracamy do Neapolu, wysiadamy na dworcu Porta Nolana i przechodzimy przez uliczny targ. Stragany są przy Porta Nolana – ulicznym targu rybnym rozlanym wokół Piazza Nolana, tuż przy dawnej bramie miasta z dwiema wieżami, niedaleko stacji Garibaldi. Wszystko wygląda bardzo smacznie, gorzej z zapachem – ale i tak jest to niesamowite miejsce.

Po drodze do hotelu czeka nas jeszcze wizyta w legendarnej L’Antica Pizzeria Da Michele przy Via Cesare Sersale. Tu zwykle kolejka wylewa się na ulicę, ale my trafiamy na puste stoliki – no cóż, jest wtorek w lutym – w środku lokal wygląda bardziej jak stołówka niż „insta‑miejscówka”. Na marmurowych stołach lądują tylko dwie pizze: margherita i marinara, cienkie jak talerz, z ledwo zarysowanym brzegiem, ale gigantycznych rozmiarów – robione dokładnie tak samo od 1870 roku, jak w „świątyni pizzy”, do której pielgrzymują i turyści, i mieszkańcy. Do tego Peroni i można kończyć dzień.

W menu są zaledwie 4 pizze – każda kosztuje 6 euro, a każdy napój 3 euro. Podają je w 3 minuty.
Trzeci dzień w Neapolu – deszczowe ulice i kościoły
Trzeciego dnia Neapol jest deszczowy, bruk błyszczy jak lustro, a światła odbijają się w kałużach bardziej natarczywie niż same latarnie.
Ze Spaccanapoli ruszamy metrem do dzielnicy hiszpańskiej. Niestety coraz mocniejsze opady i remonty ulic uniemożliwiły dotarcie i obejrzenie wszystkich zaplanowanych obiektów. Udaje się jednak z zewnątrz zobaczyć Castel Nuovo, Pałac Królewski, Piazza del Plebiscito. Przed deszczem chowamy się w galerii Umberto.

Castel Nuovo

Piazza del Plebiscito

Basilica Reale e Pontificia di San Francesco di Paola

Galeria Umberto
Po złapaniu oddechu i przeschnięciu przychodzi czas na perspektywę z góry: wzgórze Vomero i Castel Sant’Elmo, twierdza z najlepszą panoramą Neapolu, na którą wjeżdżamy funicularem – zatoka, Wezuwiusz, Capri, linia brzegu aż po Sorrento – ale to w jasny dzień, choć chmury na chwilę ustąpiły. Z murów widać też cienką linię Spaccanapoli.


Neapol podziemny
Czwarty dzień należy do Neapolu podziemnego: zejście do korytarzy Napoli Sotterranea spod Piazza San Gaetano to jak wejście w drugi, cichszy egzemplarz miasta, 40 metrów pod hałasem skuterów. A na powierchni rzymski teatr schowany w kamienicach – teatr Neapolis, którego resztki są dziś wpięte w budynki przy Via Anticaglia, Vico Cinquesanti i Via San Paolo. Żeby go zobaczyć wchodzi się do zwykłego „basso”, przesuwa łóżko, otwiera klapę w podłodze i nagle jest się na dawnej widowni i korytarzach teatru, który kiedyś mieścił kilka tysięcy widzów.

Wejście do Napoli Sotterranea
Po wyjściu na powierzchnię trafiamy przypadkiem na wystawę Joana Miró w jednym z kościołów – prace pełne kolorów i znaków wchodzą w dialog z chłodnym kamieniem naw, jakby ktoś dopisał współczesną stopkę do starego rozdziału. W Neapolu świątynie bardzo często stają się salami wystawowymi – zamiast obrazów nad ołtarzami pojawiają się współczesne płótna, grafiki, instalacje, jak w przypadku mojego ulubionego artsty Joana Miró czy rzeźb Jago w kościele Sant’Aspreno ai Crociferi. Barokowe lub renesansowe wnętrza, z kaplicami bocznymi i dawnymi ołtarzami, tworzą naturalne „ramy” dla nowej sztuki, a spacer po takim kościele‑galerii jest jednocześnie zwiedzaniem zabytku i wystawy.

Kawa w Neapolu – espresso i cappuccino jako rytuał
W tle wszystkich tych dni przewija się kawa: espresso wypijane w kilka sekund przy barze, cappuccino z pianką zarezerwowane dla poranka i czasem szklanka wody podana obok. W Neapolu kawa nie jest dodatkiem, tylko znakiem przestankowym – stawia kropki między kolejnymi scenami, układa poranek, południe i wieczór w prostą, powtarzalną frazę. Króluje Passalacqua.
Maradona – bóg Neapolu – murale i kult boskiego diego
Nad całym miastem wisi jedna postać: Diego Armando Maradona. Jest wszechobecny – na muralach w Quartieri Spagnoli, zwłaszcza na słynnym malowidle przy Via Emanuele de Deo, na szalikach, ołtarzykach, w naklejkach na drzwiach barów i w spontanicznych ołtarzach kibiców. Tam, gdzie pojawia się jego twarz, rośnie też temperatura rozmów, śmiechów i opowieści o meczach, które wydarzyły się dawno temu, a wciąż brzmią jak wczoraj.
W pewnym momencie przestajesz już go szukać, bo Maradona staje się częścią tła Neapolu – jak pranie nad ulicą, zapach espresso i okrzyk barmana stawiającego kolejną filiżankę na blacie.
I może właśnie dlatego, schodząc z murów Sant’Elmo z powrotem w gąszcz ulic, najłatwiej podsumować te cztery dni jednym zdaniem: Neapol najlepiej działa z bliska, między deszczem a słońcem, między kawą a marmurem, między Maradoną a zwykłym talerzem makaronu czy pizzą.
P.S. Wezuwiusz nie okazał się dla nas łaskawy – jego szczyt prawie cały czas ukryty był w chmurach. Dopiero opuszczając Neapol udało się zobaczyć go z góry.